MENU

opłakując Pięćdziesiąt twarzy Greya, czyli refleksje poekranizacyjne


Wszyscy już pewnie wiecie jak niecierpliwie czekałam na ekranizację Fifty Shades of Grey. Na seans wybrałam lokalne kino, które w tym uroczystym dniu było wypełnione po brzegi (a uwierzcie, ostatnio podobne oblężenie miał film Ogniem i mieczem i tylko z tego względu, że przyjechały wycieczki z domów spokojnej starości...)

Widoczne napięcie na twarzach mężczyzn i rozanielony uśmiech kobiet zapowiadały seans pełen niezapomnianych wrażeń. I wrażenia były. Szkoda, że nie takie, jakich oczekiwałam. 

Film nie był zły, naprawdę. Myślę, że osoby spragnione romantycznej bajki mogły wyjść z kina zadowolone. Dla mnie najlepsza jednak była muzyka i kilka wyjątkowo udanych scen.

Co mi się podobało?
Ujęcia w powietrzu, czyli sceny, gdy Grey zabierał Anę na randki podniebne, podczas których pilotował szybowiec czy inny śmigłowiec. Całkiem nieźle wyszły dialogi, dość zabawne i realne. Sceny erotyczne (w zawrotnej ilości pięciu sztuk, bądź czterech jeśli ostatnią uznamy za nieerotyczną) miały być wysublimowane i podniecające, a były jedynie przyjemne dla oka. Nie spowodowały szybszego bicia serca,  ani tym bardziej nie wywołały wielkiej miłości do Greya...

Dobór aktorów był dla mnie totalną porażką, on – Jamie Dornan był moim zdaniem mało wiarygodny, pozbawiony charyzmy i seksapilu. Być może stał się bożyszczem wielu kobiet, jednak dla mnie nie stanowił miłego obrazka. Nawet momenty, w których zdejmował koszulkę niesamowicie mnie irytowały, nieustannie miałam wrażenie że się w nią zaplącze. Jego grzeczna twarz i urocza buźka nijak miały się do moich wyobrażeń o facecie, od widoku którego miękną kolana. Cóż, widocznie moja wyobraźnia osiąga poziomy niezrozumiałe dla normalnego człowieka ;)

Ona – Dakota Johnson, atrakcyjna choć nie oszałamiająco piękna, szara mysz z niezbyt mądrym wyrazem twarzy doprowadzała mnie do pasji. Irytująco zagryzała wargę, a moment w którym gryzła ten nieszczęsny ołówek był nie do zniesienia. Oczami wyobraźni widziałam drzazgi na końcu języka... W dodatku nie pokazała ani odrobiny charakteru Any, była bezwolną lalką, a fakt wycięcia jej wewnętrznych monologów raczej nie był dobrym pomysłem. Ana bez "wewnętrznej bogini" to zdecydowanie nie to samo. Milczeniem pominę kwestię kostiumów... Osoby, które czytały książkę wiedzą, że Anastasia przeistoczyła się z nudnej studentki literatury w piękną, ubrana z klasą kobietę. W filmie nie zauważyłam ani klasy, ani kobiecości, do tego w każdej scenie aktorka miała koszmarne buty...
Postacie drugoplanowe to temat na jedno zdanie: po prostu ich nie było. Nikt nie zapadł mi w pamięć, może poza Elliotem, który wyglądał jak nastoletni ćpun...
Zaraz, zaraz, miałam chyba pisać o tym co mi się podobało? Cóż, bez wątpienia piękne były wnętrza, zdjęcia kręcone na zewnątrz oraz widok z apartamentu Greya. Całkiem nieźle uchwycono też element "szaleństwa" Szarego, pewnie niewiele osób wie, że jego skłonność do totalnej władzy ma silne podłoże emocjonalne. Dobry był też finał, milczenie które zapadło na sali kinowej było bezcenne ;)

Czepiam się? Może troszkę ;) Po raz kolejny wychodzi na to, że nic nie zastąpi własnej wyobraźni, która nawet z marnej literacko książki potrafi wyprodukować fenomenalne obrazy.
Na osłodę została mi piękna muzyka, idealnie dobrana do momentów w filmie. 
Podsumowując, to nie był zły film. Miło spędziłam czas, choć nie udzieliły mi się żadne emocje. Nie zapragnęłam przenieść do sypialni pokazanych scen, nie chciałam wejść w skórę Any,  ani tym bardziej spotkać pana Greya. Zdecydowanie bardziej ekscytująca była kontynuacja wieczora walentynkowego, ale o tym już Wam nie opowiem ;)




* zdjęcia pochodzą stąd